BLOG
Blog to mój plac zabaw. Najczęściej znajdą się tam wpisy o tematyce filmowej – opracowania, felietony, rankingi i inne – ale nie zdziwcie się, jeśli od czasu do czasu napiszę coś innego.
Najnowszy cytat
OSTATNIO OGLĄDANE
The Pitt - sezon II (2026)
18 kwietnia | HBO
Bez powtarzania tego, co już napisałem przy okazji pierwszego sezonu, to nadal obowiązuje – raz mniej, raz bardziej. To wspaniały tytuł, który oglądałem w dniu premiery przez 15 tygodni. To nadal jeden dyżur z życia na pogotowiu w Pittsburghu, tylko tym razem mamy 4 lipca. Dzień Niepodległości. Od S1 minęło 10 miesięcy. Śledzimy losy grupy studentów, lekarzy na praktykach oraz lekarzy pracujących od lat w zawodzie, gdy stawiają czoła rzeczywistości: fabularnie przewijają się tutaj wątki poświęcone temu, że dr Robby po tym dyżurze jedzie na wakacje i wszyscy się boją o niego, bo ma zamiar jechać samemu motocyklem. Wraca dr Langdon po tym, jak musiał znaleźć czas dla siebie. Dana nadal pracuje i tym razem ma pod opieką pielęgniarkę w swoim pierwszym dniu. Mel oczekuje na przesłuchanie. Dr Al-Hashimi to nowa postać, która ma zastąpić dr Robby’ego podczas jego nieobecności. I tak dalej. To wciąż intensywny, poruszający i niezwykle zrealizowany tytuł, który kocham za realizm i humanitaryzm oraz walec, jakim przejeżdża po widzach – nie dałbym rady oglądać tego na raz, raz na tydzień było idealnie. Co więc zmieniono, poprawiono, pogorszono lub dodano?
Dramaturgia nadal jest wiarygodnie przesadzona. Trzeba akceptować, że to jest bardzo wyjątkowy dzień w życiu tych ludzi i każde z wydarzeń tego dnia jest jak najbardziej wiarygodne. Czy jest chociaż cień szansy, że zdarzyłyby się to wszystko jednego dnia? Nie. Jest tego znowu tyle, że nawet nie będziecie pamiętać połowy i będziecie zaskoczeni przy ponownym oglądaniu, że COŚ TAKIEGO zatarło się w waszej pamięci przy porównaniu do tego, co będzie później. Pomijając same przypadki medyczne (amputacja nogi, śmierć pacjenta, śmierć oczekującego w poczekalni, matka z dziką ciążą wymagająca CC, agresywny pacjent atakujący personel…) oraz osobiste (lekarz z przypadłością, przez którą nie może pracować w zawodzie – i nikt o tym nie wie?), to tylko w tym sezonie zawali się park wodny, hakerzy zaatakują system i cały personel będzie musiał przejść na analogiczną dokumentację, w ruchu będzie helikopter i ICE. W ciągu jednego dnia! Ja to kupuję i akceptuję – z wyjątkiem dr Langdona ratujące pacjenta przed paraliżem. Najpierw musiałbym odbyć 370 godzin wykładów z neurologii, nim będę gotowy nie zakładać, że w tym jednym momencie twórcy przeskoczyli rekina.
Czy pielęgniarki nadal są niewidoczne? To akurat poprawiono: dodano właśnie nową postać, która ma swój pierwszy dzień i uczy się wykonywać wiele czynności. A my spędzamy z tym dosyć dużo czynności, jak np. zebranie materiału dowodowego z pacjentki, która została zgwałcona. I w trakcie zmienia zdanie wielokrotnie. Albo myjemy ciało denata. W tle jest ogólnie więcej twarzy pielęgniarskich, poznajemy też nocną zmianę.
Im bliżej końca sezonu, tym twórcy nadrabiają braki w wątkach osobistych, zamykając dwoje bohaterów na podjeździe czy na pustej sali, żeby sobie porozmawiali i mieli duże, dramatyczne sceny pełne emocji. To już trochę ciężej było mi zaakceptować, ponieważ to jest wina konwencji. Scenarzyści zamknęli się w obrębie dyżuru i pokazują go na żywo, a to siłą rzeczy nie prowadzi do budowania wielu relacji, a tym bardziej bliskich. Pogadamy przy kawie, zaczniemy coś mówić i nawet tego nie skończymy, bo COŚ się stanie i trzeba wracać. To też ważny czynnik w kwestii obciążenia psychicznego, jakie „oferuje” takie miejsce pracy i zawód: nie mamy z kim o tym pogadać, bo nie ma najczęściej okazji i każdy ma swoją stronę problemu na głowie, więc tyle w temacie. Mamy bieżące sprawy na tapecie i z tym nie możemy nawalić. Już pomijając, że niektóre z tych „luźnych” rozmów nie są napisane równie wspaniale, co reszta serialu. Whitaker i Langdon ustalający, kto jest kim w porównaniu do jakiegoś serialu czy coś ugrzązł mi w pamięci niestety, to w ogóle nie pasowało do tych postaci (reszta dialogu „Cut the crap”? Idealny). Rozwiązanie? Dwugodzinny film telewizyjny dziejący się między dyżurami. Jak w ostatnim odcinku Trinity Santos zaprasza Mel na drinki i karaoke, to ja nie chciałem zobaczyć czegokolwiek innego w tym momencie. Serio, dajcie nam to, widzom. Czy możemy przypomnieć sobie, jak seriale miały filmy telewizyjne i kinowe? W obrębie i poza kanonem? Babylon 5 miał ich z pięć. Dajcie film będący zbiorem wydarzeń po pracy: z jednej strony karaoke, z drugiej postać musząca poradzić sobie z czymś, o czym nie ma z kim pogadać w pracy. Dajcie prequel, jak dr Abbott stracił żonę i nogę. Możliwości macie po kolana, dawać nam wszystko.
Plus: tyle dezynfekcji rąk to nie widziałem na pewno w sezonie pierwszym. Czekam na sezon 3!
Highlither sezonu: odcinek 2×6 „12:00 PM„. Ludzie dają tutaj wysokie oceny, ponieważ zawiera ważny moment emocjonalny, ale ja nie o tym. Widzicie: to pierwszy odcinek, który reżyseruje Noah Wyle, czyli dr Robby. Wszystko inne pozostaje bez zmian, więc to jego pałeczce przypisuję fakt, jak wysoki poziom płynności jest w tym odcinku, jak każdy segment przechodzi w kolejny, jak to wszystko było zaplanowane siedem tysięcy kroków do przodu. Zazwyczaj chaos na pogotowiu jest przedstawiony rewelacyjnie w tym serialu, jak żongluje on między dwudziestoma postaciami i sześcioma wątkami jednocześnie, ale tutaj zrobiono to najlepiej. https://garretreza.pl/pitt/
Rodzina Clausów 3 ("De Familie Claus 3 / The Claus Family 3", 2022)
17 kwietnia | Netflix
Rodzina jedzie w góry spędzić razem święta, gdy najmłodsza dziewczynka odkryje, że jej dziadek jest Mikołajem i dalej nastąpią… Sceny. Podstawowy problem tego filmu jest taki, że brakuje mu ciężaru w opowiadanej historii. Głównym wątkiem chyba jest tutaj właśnie fakt, że przez dziewczynkę Mikołaj ląduje w meksykańskim więzieniu i święta są zagrożone, tylko że no… Nie do końca tak naprawdę przez nią. I mogli tego bardzo łatwo uniknąć – robiąc to, co zrobili godzinę później. Ona nie robi nic złego w tym wątku, nie ma powodu przesadzać i dramatyzować, Święta nie są wcale zagrożone.
Zamiast w porządny dramat pojedynczego wątku, twórcy poszli w liczne wątki. Jest tu ich chyba z dwanaście, a film nawet półtorej godziny nie trwa. W historii, gdzie emerytowany i bezdomny staruszek ląduje w zakładzie zamkniętym z bandą Latynosów zaopatrzonych w ostrza, najczarniejszym charakterem tej produkcji jest pięcioletni szczyl śmiejący się z bohaterki, że boi się jeździć na nartach. A śmieje się, bo go ojciec nie będzie kochać, jak nie wygra wyścigów o pietruszkę. I ukradnie kulę, dzięki której bohaterowie podróżują po świecie teleportując się z miejsca w miejsce. I użyje tej kuli, żeby wygrać wyścig… Tylko do tego. Jest dzieckiem i może teleportować się. W każde miejsce. I myśli tylko o tym, by wygrać wyścig. Którego i tak olewa, ponieważ… A kogo to w ogóle obchodzi?
Brat musi nauczyć się współpracować z siostrą i tego nie robi. Są dwa duety skrzatów i oni też mają wątek. Chyba. Ciocia upije się grzanym winem i ją boli głowa. Kelnerka jest chyba obiektem miłosnym? A mama z chłopakiem wymieniają się pierścionkami, z czego jeden został ukryty w fondue. Żaden z tych wątków nie jest potraktowany serio, jakby to było robione przez robota, który otrzymał instrukcję: ma być wątek z małżeństwem, z nartami, z czymś tam. I zrobił z tego film. No, film nie. Pełny metraż.
Nie ogląda się tego najgorzej, bo dekoracje świąteczne są uczciwe, z gustem i naprawdę klimatyczne. Znaczy, poza tym Meksykiem czy cokolwiek to było. Po prostu jak już włączyłem mózg podczas oglądania, to każda kolejna rzecz fabularna, na której się skupiłem, była nieudana i bezsensowna. Jak tu to wyżej ocenić? W zasadzie nawet to 3/10 jest zbyt wysoko… https://garretreza.pl/opinie-2022/
Mrs. Davis - miniserial (2023)
16 kwietnia | HBO
To jest prawdziwie potężny tytuł, który powinien żyć w pop-kulturze i być zgłębiany przez widownię od momentu premiery aż do dzisiaj, powinno być mnóstwo do czytania i nadrabiania po seansie. Jeśli nadal go nie widzieliście – ktoś wam źle podpowiada o tym, co powinniście włączyć.
Nie wiedziałem, co to jest na poziomie fabularnym – istotne było tylko, że Damon Lindelof współtworzył tę produkcję. Po seansie mogę teoretyzować, że przejął – przynajmniej w większym stopniu – nadawanie kształtu temu tytułowi. Początek jest dosyć nieporadny i bardziej zaczyna nową myśl, zamiast kontynuować, co zaczął. Zaczyna nową historię i wątek, zanim zakończy poprzedni. Ma to swój urok, ale na szczęście finał składa to wszystko do sensownej kupy, która wie, gdzie jest serce tej historii i jak to wszystko podsumować. Fabularnie jak i na poziomie bohaterów.
O czym to jest? Nie mam zamiaru nawet zacząć myśleć o tym, jak wam to przedstawić. W to trzeba wejść na ślepo i odkrywać aż do końca. To jest dziwne. I ta dziwność może być celem samym w sobie, a raczej kolejne wariacje i warstwy mogą istnieć tylko po to, aby ich było więcej, żeby seans był bardziej egzotyczny i unikalny. I trochę tak jest – mieszanka, jaką oferuje ta produkcja, mogła powstać wyłącznie w rękach ludzkich. W rękach, które mają odwagę i nie boją się olewać naprawdę wiele istotnych reguł – tylko po to, aby tworzyć.
To jest u swoich podstaw tak naprawdę opowieść o zagubieniu we współczesnym świecie, gdzie ludzie oddalają się od siebie będąc jednocześnie zbliżani w całość jako jej część – i chyba chodzi o Internet, jaki powstał w ostatnich latach. Jak masy ludzkie powtarzają, co im głos w tym Internecie powie, a każda kolejna wiadomość zmienia wątek i oddala bohaterkę od tego, co tak naprawdę chce, bo dostaje nowe zadanie. Tego typu genialnych metafor trochę tu jest. Czy wyłączenie Internetu, jak sugeruje finał, jest rozwiązaniem? Nie jest to przekonujące. Czy serial jest udany? Tego też nie mogę napisać, bo jest zbyt zakręcony dla własnego dobra i bardziej wciąga absurdem niż tajemnicą. Nie jest łatwo go uczciwie polubić – jest dziwny i pstrokaty, ale też jednocześnie zaskakuje tym, jak łączy świat wiary oraz nauki, jak potrafi szukać jedności i ją znajdywać. Chociaż na chwilę. To powinno być popularniejsze, w Internecie powinny być teorie i analizy. Jednak… Jestem sam. I muszę sobie jakoś w ten sposób poradzić.
Coś czuję, że to jest część geniuszu tej produkcji. https://garretreza.pl/pozostawieni/
Małżonek do wynajęcia ("Esposa de aluguel", 2022)
15 kwietnia | Netflix
On nie wierzy w związki – poznajemy, są razem trzy miesiące i koniec, ponieważ „powody” i „związki nie są dla niego”. Ona jest aktorką na scenie i do wynajęcia, żeby grać żonę czy coś w tym stylu, gdy ktoś jest gejem i musi udawać, że ma kobietę w życiu. Jemu umiera mama i jej ostatnim życzeniem jest, żeby synek w końcu się usamodzielnił, czyli znalazł sobie samicę. Więc on wynajmuje tę aktorkę.
W jakiś sposób żadne z nich nie ma osobowości. Z całą pewnością on jest dziecinny a ona wkurzająca, ale ciężko o nich powiedzieć coś więcej. Pomysły na rozwój historii? Brak. Jemu zechce się w końcu seksu, więc pojedzie pod namiot z inną samicą, ale weźmie ze sobą aktorkę dla pozorów czy coś i jej będzie przeszkadzać słuchanie, jak się całują, więc będzie udawać niedźwiedzia atakującego ich namiot. Albo że siostra bohatera będzie coś podejrzewać, ponieważ… No nie jest dobrze. Nie ma w tym filmie żadnej atrakcji, uroku, czegokolwiek wartego chwalenia. Seans jest maksymalnie obojętny.
A potem jeb, otrzymujemy zwrot akcji: okazuje się, że to matka bohatera wynajęła tę aktorkę! Którą on sam wynajął, żeby matka miała iluzję prawdziwego małżeństwa. I teraz wszyscy widzowie dostają wylewu próbując to jakoś poskładać w logiczną całość. Nie udaje się, dostają wylewu, skaczą na proste nogi i krzyczą do telewizora próbując mu wytłumaczyć, że to jest skończone kretyństwo, ale to nic nie daje. Film kończy się tak, jakby tego zwrotu akcji nie było – ona i on i tak zostają razem, a mama okazuje się być tak naprawdę zdrowa.
Nie ma takiego scenariusza, w którym twórcy tego filmu nie muszą przeprosić wszystkich ludzi za to, co tutaj zrobili. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Obserwator - sezon I ("The Watcher", 2022)
9 kwietnia | Netflix
Z cyklu: scenariusz wytrzyma każdą ilość głupoty. Spróbujmy więc przekroczyć granicę. Czy się udało? Nie jestem pewien. Na pewno są to głupoty wysoce rozrywkowe. Zaczyna się jeszcze jako tako: małżeństwo z dziećmi jadą do nowego domu. Nie stać ich, ale się postarają i mają ten dom, tylko jak już tam zamieszkają, to dostają listy od tytułowego Watchera, że ich obserwuje, więc bohaterom odwala, chociaż w sumie… Jak o tym myślę, to coś im się stało w trakcie serialu? Czy tylko panikowali, że nie wiadomo co się zaraz stanie i nic się nie stało? Znaleźli tego zwierzaka zabitego, o. Ale to było w drugim odcinku, a dalej?
Od której strony to opisywać? To nawet nie działa jako home-porn, ponieważ dom jest atrakcyjny głównie z zewnątrz, a w środku ledwo spędzamy czas i nic nie widać, jest tam dosyć ciasno i nie ma żadnej przyjemności z bycia tam, więc cały motyw fascynacji i walki o ten dom nie jest wiarygodny. Sąsiedzi? Ani jednej normalnej osoby. Jest Mia Farrow w roli samej siebie oraz kilku starszych debili, którzy wejdą na trawnik i to tyle. Będą gadać głupoty, ale to tyle. Więcej towarzystwa nie ma. Z postaci pobocznych będzie jeszcze policjant, któremu trzeba będzie mówić, co ma zrobić, a na końcu strzeli focha, pani detektyw, która na koniec umrze na raka i będzie wciskać kit, że to ona jest Watcherem (co nawet tym debilem zajmie ledwo trzy minuty, by zweryfikować), oraz agent nieruchomości, która też strzeli focha. Wszyscy głupi jak but w swoim własnym zakresie, to nie jest udawanie przed widzem.
Niedorzeczności fabularne… Tego nie da się opowiedzieć, bo i tak mi nie uwierzycie. Będzie na przykład taki moment, że sąsiedzi popełnią samobójstwo. I ich syn będzie płakać na środku ulicy, że to przez głównego bohatera, bo ten postanowił zrobić remont kuchni i przeszkadzał im hałasem. A potem oni wrócą, będą żywi i musiałem czekać, aż ktoś chociaż zapyta: co do kurwy? Każda głupota jest tak wielopiętrowa i niedorzeczna na tyle sposobów, że będzie przerywać gotowanie czy sprzątanie, żeby debatować z telewizorem, jak te wysrywy twórców miałyby w ogóle funkcjonować.
Całość niestety nadaje się do oglądania tylko jednym okiem, bo jak próbowałem oglądać na poważnie, to się wkurzałem za bardzo. Oglądając jednym okiem? Wtedy jest idealnie. Więc z mojej strony takie 3=/10. Tak czy siak: jedna gwiazdka. Każdy z aktorów będzie do końca życia musiał przepraszać za branie udziału w tej produkcji i mówienie tych absurdów ze scenariusza na głos.
PS. Tak, sezon I… Robią właśnie sezon drugi. Ta sama obsada, więc to kontynuacja najwyraźniej. Muszę przyznać: aż jestem ciekaw, co oni tam za głupoty wymyślą. Do jesieni zdążę zapomnieć, ale jakby teraz drugi sezon był dostępny, to bym zerknął na pierwszy odcinek. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Gdy miasto śpi ("While the City Sleeps", 1956)
11 kwietnia
Opis filmu mówi: „Dziennikarz Edward Mobley staje przed prawie niewykonalnym zadaniem: schwytać mordercę, ochronić imperium medialne przed wpadnięciem w niewłaściwe dłonie oraz uratować swój związek z ukochaną przed rozpadem”. To wszystko w 90 minut. Będąc jednocześnie tak naprawdę filmem twórcy M, który musiał inspirować się Asem w potrzasku Wildera i jednocześnie musiał głęboko zainspirować Psychozę. Książkę albo film. Ciężko zobaczyć otwierającą scenę i nie pomyśleć o filmie. Ciężko w trakcie nie myśleć o filmowej Psychozie.
Gdy miasto śpi nadal jest ambitnym obrazem, który ostatecznie broni się jako dzieło tego samego człowieka, który 25 lat wcześniej prosił społeczeństwo, aby wzbroniło się przed samosądem wobec mordercy (M„). Tutaj pogoń za mordercą jest częścią komentarza społecznego o wartości złapania seryjnego zabójcy niewinnych istot: ważne jest samo powstrzymanie go prze kolejnymi zbrodniami, czy też kto to zrobi? A może: kto na tym zyska? Historia przeładowana jest postaciami i wątkami pobocznymi do tego stopnia, że momentami ciężko wskazać palcem, co tu jest główne, a co poboczne. I końcowy efekt nie jest zbyt przemawiający do wyobraźni: film teoretycznie powinien się skończyć, a tak naprawdę mamy przed sobą jeszcze paręnaście minut kończenia wątków, które nie były angażujące ani przez moment, a co dopiero w czwartym akcie. Happy end też wydaje się dopisany pod wpływem osób trzecich – w wizji twórców na pewno nie mogło go tam być.
Niemniej: dużo ludzi pracowało uczciwie przy tym filmie i starało się, aby zadziałał. To dobry seans. Z pewnością wystarczający dla fanów noir lat 50.
PS. Film powstały w oparciu o książkę podejmującej temat człowieka skazanego na dożywocie za morderstwo 3 kobiet. Zmarł w 2012 roku. Na cukrzycę. Miał 17 lat, gdy został aresztowany i przesłuchiwany do skutku, z licznymi zastrzeżeniami i wątpliwościami, na ile jego przyznanie się do winy było właściwe. Na Wiki jest też zdjęcie wiadomości na ścianie napisanej szminką: „For heAVens SAKe cAtch me BeFore I Kill More I cAnnot control MyselF.” Trzecią ofiarą była sześcioletnia dziewczynka, której ciało zostało znalezione we fragmentach. Osobiście – to już jest film Langa, który mógł być jego kolejnym wielkim tytułem. Nie wiem, ile wtedy o sprawie było powszechnie powiedziane, ile wyszło po latach, ale zrobienie pełnego metrażu stawiającego pytanie o wartość takiego przesłuchania byłoby wystarczające. Po co te wątki dziennikarskie i romansowe, kiedy sam kryminał był aż nadto bogaty w treść?
PPS… Czytając o życiu w więzieniu tego człowieka, ile szkół skończył i jaką edukację odebrał, jak pomagał innym więźniom… A oni robią film o Ptaszniku z Alcatraz?! Niedobrze mi. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Pięć grobów na drodze do Kairu ("Five Graves to Cairo", 1943)
10 kwietnia
Brytyjski żołnierz ostatkiem sił znajduje na pustyni zniszczony przez wojnę hotel, który chwilę potem staje się bazą dla wojsk niemieckich. Przyjmuje więc personalia byłego kelnera, który okazuje się, że był szpiegiem na rzecz Niemców. Do tego jego potencjalni sprzymierzeńcy mają inne zamiary wobec wroga: chcą się z nim dogadać. Inni chcą tylko przetrwać. Jeszcze inni chcą wykorzystać okazję, jaką jest posiadanie podwójnego szpiega.
Trochę to zakręcone niczym w komedii pomyłek, a nie poważnym dramacie wojennym, ale jednak seans oswaja z tym wszystkim. Scenariusze na tym poziomie są wciąż wyjątkiem od reguły, czyli opowiadania scena za sceną aż do końca – Charles Brackett i Billy Wilder tworzą należycie: kreują wątki drugoplanowe, które mają związek z tematem przewodnik. Mają set-up i mają pay-off. Jest to trochę fikcyjne, ale też pozwala mieć poczucie, że obcuje się ze sztuką. Sztuką opowiadającą o wojnie i obowiązku jednostki, wychodząc jednocześnie obronną ręką z podejrzeń o bycie propagandą – tutaj zamiast zachęty do umierania za sprawę jest przypomnienie o szerszej perspektywie: jedni umierają, aby drudzy mogli żyć. I na przykład: pomścić tych, którzy oddali swoje życie.
Jak dobrze, że finał pasuje do tego wszystkiego. Pomimo screwballowej intrygi i masy lekkości w poszczególnych momentach. Nawet Erich von Stroheim w roli Niemieckiego Feldmarszałka nie da się traktować do końca na poważnie, chociaż jest groźny i ma się pewność, że strzeliłby komuś w łeb za jedno niewłaściwe słowo. Jednocześnie jednak jak mu podawali kawę do łóżka, to wydawał się taki… Potulny. Brackett, Wilder, Stroheim – doskonała robota. Plus: jedna z najlepszych scen akcji, jeśli chodzi o statyczne, czarno-białe zdjęcia i posługiwanie się światło-cieniem oraz dźwiękiem. Szczególnie: dźwiękiem otoczenia. Każde ujęcie oddzielnie zostało rewelacyjnie wykonane na poziomie choreografii i połączone trzymało w napięciu, jednocześnie robiło wrażenie wizualnie.
Dali radę. https://garretreza.pl/billy-wilder/
Metropolis (1927)
7 kwietnia | powtórka
Fritz Lang musiał chyba najlepiej odnajdywać się w prostych, łatwych ideach, które następnie realizował z rozmachem. Metropolis od strony treści jest tak proste, że niestety wszystkie strony mogą tutaj odnaleźć to, co chcą. Czy to film o przyjęciu władzy? Czy to film o obaleniu władzy? Czy to film o walce o sprawiedliwość? Tak. Socjaliści widzą tutaj dowód na błędy kapitalizmu, wszystko w rękach jednego prywaciarza zbierającego dla siebie efekty czyjejś pracy. Kapitaliście zobaczą tutaj efekt gospodarki sterowanej centralnie, czyli etatyzm i socjalizm. Film był wyraźnie apelem o jednocześnie się jako ludzkość – syn schodzi w dół do swoich braci i nie wierzy, jak wygląda ich los, to jest jego motywacja. A tymczasem nawet naziści polubili ten film, bo zobaczyli tutaj opowieść o obaleniu władzy – żeby wiadomo kto był u władzy, a nie, żeby coś zmienić. Więc tego. Lang sam po latach miał przyznać, że podszedł zbyt nieodpowiedzialnie do opowiadania historii zaangażowanej społecznie.
Intencje jednak widać. W obecnie dostępnej wersji, odkrytej po 2008 roku. Widać wciąż, które zniszczone momenty miały być wcześniej odebrane widowni i jasnym jest, ile tracili w zakresie możliwości zrozumienia tej fabuły. Miejscami są to kilkusekundowe fragmenty, jak obrót czyjeś głowy, ale już dzięki temu wiadomo, kto mówi i kontekst tego, co mówi, na co patrzy itd. Chociaż to akurat najmniejszy problem tego filmu – w końcu doszło nawet do tego, że dystrybutor (z ramienia Paramount Pictures i MGM) zatrudnił innego scenarzystę, aby napisał nową historię w oparciu o istniejący materiał, byle tylko film trwał dwie godziny. I w ten sposób powstały nowe dialogi, wycięto wątki i tło historii, a Lang postanowił, że nigdy nie wybierze się do USA. Pocięte wersje szybko wyparły oryginał, który nigdy nie miał się ukazać już w chociaż zbliżonej do pierwotnej wersji za życia reżysera.
Film wywarł jednak wielkie wrażenie taki, jaki był. Nie ze względu na historię, ale spektakl. Te wszystkie plany zdjęciowe, dekoracje, tłumy statystów – „Metropolis” jest ogromne. Tworząc świat baśniowego, mrocznego jutra brało inspiracje z każdej strony, od gotyku poprzez futuryzm, kubizm i operę, inspirując przyszłe pokolenia po kolei kostiumami, scenografią i wrażeniem jak leci: gry komputerowe, muzykę, filmy, komiksy. Osobiście byłem przekonany, że „Otherside” Red Hotów zawdzięcza teledysk „Metropolis” właśnie, chociaż prawdą jest bardziej to, że inspirowali się niemieckim impresjonizmem tak ogólnie. Wszyscy artyści pracujący przy „Metropolis” zasłużyli, żeby przejść do historii. Nawet jeśli ta historia jest burzliwa i trzeba było stu lat, by się wszystko uspokoiło. Nawet jeśli sto lat później odbiór sztuki nadal jest problematyczny i widownia może tutaj zobaczyć rzeczy, które nie były planowane, to mogą zobaczyć też opowieść o człowieku przejętego losem swoich braci. To dziedzictwo Metropoli” nadal jest możliwe. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Nibelungi - Zemsta Krymhildy (1924)
8 kwietnia
Napiszę tak – film robi wrażenie technicznie, z jakim rozmachem decyduje się przenieść epicki poemat sprzed tysiąca lat na ekran. Tylko nadal jest to banalna opowieść o zemście pełna głupot wynikających z przedramatyzowania. W pierwszej części Krymhilda straciła ukochanego i teraz w drugim filmie robi wszystko, by pomścić go, co nie skończy się dla nikogo dobrze, ale to nie ma znaczenia, bo ona i tak była martwa od kiedy zabili jej miłość. A że po drodze pojawił się chłop, który w trakcie przez nią stracił dziecko (i żonę), to co, takie życie. To była dla mnie największa tragedia w tej historii.
Ciężko było mi się w to angażować. Doceniam budowanie planów i kostiumów i tłumy w kadrze, ale gdy narracja musi być podporządkowana dramaturgii kina niemego, gdzie chłop zabija dziecko i czeka dwie minuty bez ruchu, aż kamera skończy skupiać się na reakcji ojca, co jest w czasie rzeczywistym przecież… Sama przemoc zresztą też była „jak na swoje czasy” i trzeba było się domyślać, że temu dziecku coś się stało. Chyba dopiero w ostatniej scenie faktycznie widzieliśmy zamach mieczem i uderzenie ostrzem w ciało.
Nie mogę też napisać, że ten seans sprawił, bym zrozumiał istotność kulturową tego poematu dla kultury niemieckiej. Autor nieznany, poemat wypływał i był zapominany, a dziś jest częścią dziedzictwa kulturowego i nie czuję po seansie, że coś takiego zobaczyłem. https://garretreza.pl/fritz-lang/
Sandman - sezon I (2022)
4 kwietnia | Netflix
Kwestia adaptacji „Sandmana” nie jest czymś prostym. Sam proces faktycznej adaptacji był technicznie rzecz biorąc skomplikowany – wiele podejść, anulowania projektu, zmiany obsady, wszystko to ciągnęło się przez dekady niemal od publikacji zeszytów – ale i samo zaadaptowanie komiksów w inne medium jako nowy tytuł nie było sprawą oczywistą. Sam autor – Neil Gaiman – opowiadał, że nie był pewien, co tworzy i eksperymentował na początku z różnymi rzeczami, zanim wykrystalizował mu się świat i charakter postaci. Całkowicie normalne, szczególnie w świecie seriali – szczególnie seriali w przeszłości, kiedy miały czas i przestrzeń na próbowanie różnych rzeczy. Star Trek TNG szukało siebie przez pierwsze trzy sezony i się udało, Sandman jest interesujące od początku, ale pierwszy wielki tom dla mnie nosi numer czwarty. Do tego każdy był rysowany przez innego artystę, więc różni się wizualnie – co jest celowe.
Jak więc to wszystko adaptować kilka dekad później, kiedy te wszystkie poszukiwania się zakończyły? Adaptować je czy też od początku tworzyć serial takim, jakim by się mógł wykrystalizować? Cóż: twórcy zdecydowali się na to drugie. Nie jest to właściwe lub nie, dobre lub nie, to po prostu decyzja artystyczna – której warto być świadomym, jeśli nie czytało się pierwowzoru. Przenoszenie na ekran przygód Sandmana udało się tak po prostu – to w końcu nie jest płynna opowieść, która dokądś zmierza. To zbiór historii, które tworzą świat, jaki zaczynamy zgłębiać, a poprzez to zaczynamy widzieć życie w inny sposób – takie kwestie jak życie, śmierć czy ludzkość. Podróżujemy z istotą będącej Panem Snów – zaczynamy jego opowieść od momentu, gdy został uwięziony przez człowieka, niejako przez pomyłkę. W ten sposób wchodzimy do tego wymiaru, gdzie wszystko, co wiemy z historii i mitologii ludzkości, skrywa przed nami tajemnicę.
Wizualnie – jest wspaniale: kostiumy, makijaż, efekty specjalne: to jest Sandman i jego świat, nie mam wątpliwości. Filmowo – jest wystarczająco. Nie jest tragicznie, ale po przyjrzeniu się nie będę chwalić montażu czy pracy kamery. Tom Sturridge w roli Morfeusza – wspaniały, udźwignął wszystko czym ta postać jest. Narracyjnie już w drugim odcinku twórcy dają radę przekonać widownię, że umieją oddać sprawiedliwość głębi tego, o czym Sandman jest. Teraz tylko oglądać dalej i dać się zaskoczyć.
Ocena końcowa z mojej strony jest również za potencjał w przyszłości. Tak jak przed Sandmenem najlepsze historii i najwyższa jakość, tak samo przed twórcami – ale przekonali mnie już, że będą w stanie oddać im sprawiedliwość. Czekam więc na „A Game of You”. https://garretreza.pl/opinie-2022/
Młyny śmierci ("Death Mills", 1945)
5 kwietnia
Krótki metraż, którego autorstwo jest przypisywane Billemu Wilderowi, ale to nie jest łatwe do ustalenia. Masa ludzi nagrywała ten materiał na potrzeby wielu krajów i ostatecznie powstało wiele wersji – same „Młyny…” są ponoć częścią czegoś, co zostało zostawione, zapomniane i dopiero w 2014 roku dokończone jako „German Concentration Camps Factual Survey”. To przynajmniej wyjaśnia absurdalność samych zamiarów zmieszczenia w ciągu zaledwie 20 minut całego okrucieństwa, jakie dokonali Niemcy w obszarze obozów koncentracyjnych. Inna sprawa, że im się to udało.
Do tych „Niemiec” jeszcze wrócę. Po kolei:
Zaczynamy od widoku uśmiechniętych ludzi w pasiakach uwolnionych z obozów. Miły widok, tego jeszcze nie widziałem. Wcześniej jeszcze był pochód Niemców niosących 11 tysięcy krzyży na groby 11 tysięcy zabitych. Nie widzimy może wszystkich 11 tysięcy, ale widzimy spory tłum niosący krzyże, pochylone głowy, wstyd. A potem, po krótkim wstępie wyjaśniającym metodę, przechodzimy do pokazania ciał i suchego wymieniania, jak ich zabito. Śmierć i tragedia jako statystyka, ale te ujęcia martwych ludzi, ich wyniszczonych ciał, ich wyrazy twarzy – czułem się, jakby ten widok na nowo uświadamiał okrucieństwo tego, co Niemcy zrobili. Nie ma w tym turpizmu czy czegoś, to czysty dokument. I pokazuje okrucieństwo z dokumentalnym, zimnym wyrazem twarzy. Kontekstu historycznego nie umiem sobie nawet wyobrazić – większość ludzi odkrywa na miejscu i widzi na własne oczy, co tam się działo przez ostatnie lata. Nagrywają materiał filmowy i część planują wykorzystać do celów propagandowych – ten dokument oryginalnie miał być pokazywany wyłącznie w Niemczech. Wiecie: do edukacji. Billy Wilder odpowiadał – jeśli już w ogóle – za wersję Amerykańską. Na początku jest informacja, że nie wolno publikować tego nagrania bez wiedzy i zgody Departamentu Wojny. Osobiście czuję się, jakbym oglądał prawdziwie zakazany materiał, zbyt okrutny do pokazywania publicznie w jakiejkolwiek formie. Dekadę później Alan Resneis przecież wywoła większe wrażenie „Nocą i mgłą”, chociaż… Cóż: nie chcę pisać, że nie zbliżył się do brutalności „Młynów…”, bo tego nie da się zmierzyć. Wracam jedynie do tej myśli: jakie wrażenie to musiałoby robić na ludziach, jeśli by to zobaczyli w dniu premiery?
I kolejny powrót: do „Niemiec”. Z jednej strony to odświeżający dokument: czy to uśmiechnięci w pasiakach, czy też mówienie o śmierci LUDZI. Nie poszczególnych narodowości, bo to nie jest istotne. 20 milionów ludzi zginęło i nikt jeszcze nie kłóci się, który naród dostał w dupę bardziej. Ludzkość dostała w dupę, więcej nie trzeba mówić. Ten krótki seans zamyka jednak oskarżenie regularnych Niemców za przyzwolenie na to wszystko. Przywołany jest materiał wideo, jak tłumy wiwatują, z przebitką na wspomnianych ludzi niosących krzyże. Narrator upomina: nie wolno nam zapomnieć o winie tych ludzi. To czyni z tego tytułu propagandę, podającą od razu gotowe wnioski widzowi upraszczając rzeczywistość (mordercami byli w końcu ludzie z wielu narodowości, nie tylko Niemców). Z drugiej strony dzisiaj jest to jednak odświeżające. Zamiast mówienia o Nazistach i cackaniu się, okazywaniu wyrozumiałości, że „oczywiście, musieliście wtedy na to przyzwalać, inaczej sami byście umarli”, to dostajemy zdrową porcję wkurwienia i oskarżenia prosto w twarz, w którym jest aż za dużo prawdy. https://garretreza.pl/billy-wilder/
Niebiosa mogą poczekać ("Heaven Can Wait", 1943)
2 kwietnia
Starszy człowiek umiera i nie spodziewa się trafić do nieba. Trafia więc do lobby piekła, gdzie uprzejma istota tam się znajdująca zapytuje: jaki grzech popełniłeś? Wymienia ciężkie grzechy, ale żaden z nich nie jest odpowiedzią. W końcu bohater zaczyna opowiadać swoją historię, od samego początku – gdy był chłopcem i był przekonany, że po pocałunku będzie musiał się ożenić. Dowiedział się od opiekunki, że czasy się zmieniają i wtedy – koniec XIX wieku – już pocałunek nie musi prowadzić do małżeństwa. A to otworzyło przed nim szereg możliwości…
Styl filmu, ale przede wszystkim dialogi, maniera bohaterów, postaci jako takie: to wszystko jest tutaj takie grzeczne, czarujące, eleganckie. Humor niemal może umknąć, ponieważ dwuznaczności oraz niewypowiedziana treść są aż tak zręcznie niemal przemilczane raz za razem, opowiadając o relacjach damsko-męskich i nie tylko: w końcu nawet piekło nie jest nazwane tutaj piekłem, a do diabła – bo kto inny to miał być? – protagonista kieruje się słowami: „Wasza ekscelencjo”. Jest to historia człowieka, który nigdy do końca granicy nie przekroczył, ale ciągnęło go cały czas. I nie zawsze zrezygnował sam z siebie. I nigdy nie przestał. Ten film jest niejakim rozgrzeszeniem takiego stylu życia: nic się w końcu nie stało, prawda? Nie zdradził, nie zranił, były tylko myśli. I oto właśnie jest pytanie: czy myśli są aż takim grzechem, jak się uważało, gdy protagonista zaczynał swoje życie? I czy nadal nim jest, gdy umarł? A nawet jeśli: jest gotowy, by niebiosa na niego poczekały. I wszystko, co się z tym symbolicznie wiąże – mówimy w końcu o życiu po życiu, mającym być nagrodą. On jednak wybrał piękno kobiet na ziemi.
I tak sobie myślę: Ernst Lubitsch musiał coś widzieć z siebie samego w tej opowieści. Jego produkcje były przecież erotyczne nawet jak na dzisiejsze standardy. Dzisiaj wręcz ciężko sobie wyobrazić, by kobiety na ekranie były tak mocno seksualizowane, co w niektórych jego produkcjach. I pytanie właśnie: czy czuł się z tym źle? Czy potrzebował zrobić film, który go z tego rozgrzeszy? Albo chociaż da mu nadzieję, że poddawanie się kobiecemu pięknu nie jest aż takim przegięciem? Ot, taki moje podejrzenia. Do tej pory zakładałem, że Lubitsch musiał to robić ze spokojem ducha, najwyżej z bezczelnością, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, że mógłby się tego wstydzić, że to mogłaby być jego słabość. https://garretreza.pl/ernst-lubitsch/
Wesoły sublokator ("The More the Merrier", 1943)
30 marca
Nie spodziewałem się, że moim nowym ulubionym filmem 1943 roku okaże się podstawowy film komediowo-romantyczny, gdzie stary i bogaty chłop postanawia sfatać młodą kobietę tylko dlatego, że jest wolna i jak to tak, żeby baba była samotna. Film jednak umie się kokosić w tym absurdzie fabularnym, idąc dalej z odwagą, jednocześnie poruszając wątek braku miejsc do życia: oto miasto Waszyngton podczas 2 wojny światowej, gdzie ironiczny narrator próbuje zakłamać rzeczywistość udając, że nie widzi ogłoszeń o braku wolnych pokoi w hotelach, braku wolnych mieszkań, braku wolnych rzeczy do wynajęcia. Śledzimy losy starego, bogatego, białego chłopa w garniturze, który jest przekonany, iż należy zawsze być dwa dni wcześniej. Nawet jeśli chodzi o rezerwację w hotelu załatwioną po znajomości przez senatora. Gdzie więc ma żyć? Znajduje ogłoszenie w gazecie o wolnym pokoju i robi pozostałych chętnych w chuja, żeby go dostać. A następnie robi w chuja właścicielkę, która nie chce mu dać tego pokoju, ale zgadza się „pod warunkiem, że…”. I co dalej robi ten stary, bogaty chłop? Wynajmuje połowę pokoju, który wynajmuje od niej, aby wprowadzić pod jej dach atrakcyjnego chłopa, z którym mogłaby ten tego. Po ślubie znaczy.
To wszystko jest tak uroczo naciąganym kretyństwem, że wymagało to dużo umiejętności z każdej strony, aby stworzyć czarujący film. Reżyser, aktorzy, scenariusz – to wszystko musiało znaleźć właściwy klucz, aby stworzyć coś dobrego. I tak właśnie się stało. Całe główne trio tak dobrze ze sobą współpracuje, ma tak dobre dialogi, humor ma tak dobre tempo, że cały kontekst staje się istotny tylko w tym dobrym znaczeniu: podejmuje w końcu tak współczesny temat braku miejsca do życia. Constance Milligan wynajmuje pokój u siebie tylko dlatego, że jest świadoma tego problemu i uważa za patriotyczny obowiązek podzielić się tym, co ma. A że wynajmujący wynajmuje dalej, to pozwala znaleźć w tym wszystkim… Komedię. Jak takie podejście jest naprawdę odświeżające: uparli się, by zrobić to wszystko z jajem i cel osiągnęli. To jest produkcja, która ma odwagę być niedorzeczna i uparta w swoich postanowieniach. Opowiadając o bohaterach, którzy tacy też właśnie są. Może dlatego tak to wszystko dobrze działa?
Często w trakcie filmu wraca dewiza znaleziona we wstępie na pomniku ikony Amerykańskiej historii, Davida Farraguta: „Damn the torpedoes. Four bells, Captain Drayton, go ahead. Jouett, full speed.” skrócone do dużo muzyczniejszej formacji: „Damn the torpedoes, full speed ahead.” Trzeba mieć jaja, żeby w tak krótkim filmie przywołać to jako powiedzonko 15 razy w ciągu filmu (licząc wizualne: nawet więcej). Dużo zasad opowiadania historii tutaj jest zaniedbane, nieistotne dla twórców, olane – ale jest w tym talent, celowość, świadomość. Szybko stało się to dla mnie częścią zabawy, niczym nastoletni zespół grający w garażu rodziców, albo film debiutantów robiony razem z kumplami. Skupiają się na tym, co jest dla nich ważne – a reszta nie ma znaczenia. Takiej energii w kinie rzadko jestem świadkiem.
Najważniejsze: bawiłem się przednio. https://garretreza.pl/george-stevens/